Żmij czyli imperium kontratakuje

Tymczasem Czarnobóg zsyła na osłabiony kraj kolejną plagę, masowy atak jadowitych gadzin. Przewodzi mu ogromny, siedmiogłowy Żmij, będący tworem Popielowej magicznej hodowli. Tak poeta wprowadza do swojej wersji legendy słynnego Smoka Wawelskiego:

Pod gród wawelski sam Żmij zleciał duży

I pośród nocy swymi pazurami płuży

W boku góry zamkowej. Staczają się bryły

Ziemi na dół do Wisły. Nurty się wznosiły

Szumiąc mętnie do góry, ilokrotnie padła

Do wody bryła ziemna, ale światem władła

Noc chmurna, nawet gwiazdy oko nie widziało,

Co się tam popod zamkiem na Wawelu działo

I Żmij w zamkowej górze zrobił wielką jamę,

I do niej wlazł. A kiedy zadniało, przez bramę

Domu swojego głowy wystawił w świat szary,

A dym i smród zaćmiły wejście do pieczary,

Dym ciężki wzbił się w górę, zaszedł w miejskie mury,

Po ulicach się ścielił na kształt żółtej chmury,

Co z siarki bucha, gdy ktoś siarkę w ogień kładzie.

Długi słup dymu poszedł po skalistym spadzie

Góry Wawelskiej, zaszedł w dziedzińce zamkowe,

Dworzanom oczy pali, w gardle dusi mowę,

Ciurom głowa się kręci, padają złamani

Na ziemię, czując smrody ciężkie piekła w krtani

Swojej. Król smrodem Żmija sprośnym obudzony

Z łoża zeskoczył. Pośród mgły żółtej korony

Swojej nie mogł odnaleźć, bo nawet blask złota

Zaćmił oddech gadziny. Jak piekielne wrota

Zieją grzechem, tak smrodem ziała paszcza smoka.

Załamany Krakus wzywa przed swe oblicze wróża Wierzbiętę. Powszechnie szanowany starzec z odwagą wypomina królowi jego przewinienia i wyjaśnia przyczyny wszystkich nieszczęść:

„Król wygnał niewolnicę, gdy powiła syna,

Bez sądu wygnał w gniewie, gniew złego przyczyna,

Bo wtedy narodziła narodowi szczęście

Kolęda, na Wawelu zostało zamęście

Złe. Żywa szarą gęsią błądzi ponad falą

Morską wraz z synem twoim. W naród gromy walą

Przez królową, co w zamku. Jej miano Sapucha,

Jej wiano: złego nieszczęść, śmierci zawierucha!

Ale król kłamca zguby naszej nie odwróci

I siebie i ten naród cały w paszczę rzuci

Śmierci, po zbrodni zbrodnię pełni, złamał słowo!

Umrze naród, któremu bywa kłamca głową!”

Biada wszakże prorokom, którzy mówią szczerze. Oszalały władca („Pies ten szczeka za głośno…”) rozkazuje wynagrodzić kapłana… rzucając go na pożarcie Żmijowi! Nasycony ofiarą potwór przestaje zionąć trującym dymem i krakowianie oddychają z ulgą. Niestety, na krótko.

Lecz po godzinie para stęchła znów się wzbiła

W górę, wstało nieszczęście, miasto się przyćmiło

I znowu w Krakowie tak jak w piekle jakimś było.

Gorzej było. Grzech pośród ludu wstał straszliwy:

Zrozumiano, że człowiek, co poleci żywy

Z zamku rzucony w paszczę ogromnego Żmija

Swoją śmiercią zagasi dym ten, co zabija

Lud na całą godzinę. I okropność wstała

W mieście ostatnia. Ludu ciżba wściekła cała

Co godzinę pochwyci kogoś spośród siebie,

Na mur wywleka, w paszczy wielkiej Żmija grzebie,

Darmo błaga ofiara, samolubne tłumy

Jęków nie słyszą, martwe serca, a rozumy

Szukają tylko chwili króciutkiej wytchnienia.

Gród samolubny dojrzał już do potępienia.

Gąska ŻywaJak widzimy, zepsucie władcy udziela się także ludowi. Nad nierządnym królestwem wisi groźba całkowitej zagłady. Słowa wróżbity nie poszły wszakże na marne. Serce władcy rozdzierają wątpliwości, toteż miota się po wawelskim zamku niczym prawdziwie tragiczna postać, jeśli nie na miarę Szekspira, to co najmniej… Słowackiego. Trafia nocą do ogrodu, gdzie ciało zamordowanego Czuryły spoczywa niepokalane wśród pięknych kwiatów. Cud ten sprawiły potajemne odwiedziny prawdziwej Żywy, która pojawia się zdumionym oczom męża, zrzuciwszy gęsie upierzenie. Ochrania zmarłego brata czarowną pieśnią, lecz nie chce nawet słyszeć o powrocie do króla, który stał się tymczasem srogim despotą. Oznajmia Krakusowi wolę bogów: zły władca musi odkupić swe winy, ona zaś wychowa młodego zbawcę narodu, Piasta. I chociaż Krakus próbuje ją zatrzymać, niszcząc ptasi przyodziewek, (tak jak uczynił to uprzednio z żabią powłoką Kolędy), znika mu z oczu wraz z trupem brata.

Pogrążony w czarnej rozpaczy Krakus zwraca wszystkie pozostałe w nim tkliwe uczucia do córki Żywy, Marzanny i w imię niewinnego dziecka rzuca na uwięzioną Sapuchę straszliwą klątwę: jeśli wiedźma nie wyzna swej prawdziwej tożsamości, zapadnie się żywcem pod ziemię. Czarownica trzykrotnie zaprzecza oskarżeniom i ginie, lecz nie rozwiązuje to wcale nabrzmiałych problemów. Naród wciąż żyje w nędzy i upadku, a Żmij terroryzuje okolicę.

Wtedy na scenę wkracza wysłannik Popiela, bies odziany z niemiecka (o antygermańskiej fobii autora pisaliśmy już w poprzedniej części). Demon kusi Krakusa przypomnieniem jego dawnej wielkości i zapewnia, że jedynym rozwiązaniem jest wypicie dzbana magicznej wody, ukrytego w chacie siostry Sapuchy, Welindy. Krak daje posłuch tym rewelacjom, co wydaje się niedostatecznie umotywowane, jako że fałsz i dwulicowość posła biją po prostu w oczy. Do tej pory widzieliśmy wprawdzie króla jako dość łatwowiernego i bezbronnego wobec choćby kobiecych sztuczek, tym razem jego postępowanie zaczyna wszakże zakrawać na kompletną głupotę. Pamiętajmy jednak, że losami postaci rządzi w tym utworze baśniowy fatalizm, nie realistyczna psychologia. Ileż to razy zastanawialiśmy się nad podobnie niedorzecznym postępowaniem Zygfryda, Parsifala czy innych legendarnych herosów? Tragedia musi się spełnić do końca i ma swoje wymogi.

.

Komentarze