O tym co się jada podczas trwających trzy tygodnie wyjazdów, jak wyglądają kulinarne relacje między międzynarodowymi kierowcami oraz dlaczego Bawaria to najlepsze miejsce by jeść w małych przydrożnych restauracjach opowiada Krzysztof „Fresz” Stachura, kierowca Transportu Międzynarodowego.

.

.

Gdzie pracujesz? Co robisz?

Jestem kierowcą w Transporcie Międzynarodowym. Zajmuję się przewozem wszelkich możliwych towarów po Europie, za wyjątkiem narkotyków oczywiście.

 .

Co jesz podczas swoich wyjazdów?

406679_4563068367255_571211917_nWszystko co zaoferuje dyskont Biedronka… (śmiech). Niestety taka jest prawda. Zawsze staram się wziąć najwięcej jedzenia z Polski, a pieniądze na drzewach nie rosną. Każdy kierowca powie to samo. Jemy wszelkiego rodzaju słoiki i puszki, które można kupić w dyskontach podobnych do wspomnianej Biedronki.

Nie zapominajmy również o zupach z Radomia, zwanymi „chińskimi”. Chodzi o to, że nie zajmują wiele miejsca, nie wymagają specjalnych warunków przechowywania, są sycące i w dodatku łatwo je przygotować.

Trochę inaczej jest w sobotę i w niedzielę. Często staram się kupić jakieś mięso w miejscu, gdzie akurat jestem. Jeśli jest to niewykonalne, albo z jakiegoś powodu mięso, które jest do kupienia nie budzi mojego zaufania, czasami zabieram ze sobą kawałek schabowego czy kurczaka. Ale to raczej rzadkość…

Czy zdarza Ci się zatrzymywać w przydrożnych barach lub restauracjach?

Jasne, zwłaszcza w Polsce. Za granicą to raczej różnie. Jestem teraz w Rumunii i właśnie przed chwilą jadłem śniadanie w takiej przydrożnej małej restauracji. To była jakaś zupa z kołdunami i trochę boczku… ohydne, do teraz czuję się nieswojo.

Czyli trzeba uważać na tego typu przydrożne jadłodalnie?

Absolutne nie, wręcz przeciwnie. Przydrożne małe restauracje to najlepsze co w kategorii jedzenia, co może człowieka spotkać na drodze. Teraz akurat jadłem w miejscu, gdzie się „nadziałem”. Ale generalnie na Zachodzie, choćby w Niemczech, ale i innych krajach, jem głównie w takich małym barach. Dzięki temu można spróbować regionalnej kuchni i spotkać miejscowych, coś podpatrzeć, czegoś się nauczyć, spróbować czegoś innego niż sztuczne jedzenie, które biorę ze sobą w podróż. Prawda jest też taka, że ceny są o wiele lepsze niż w tych wszystkich fast foodach.

Wielu kierowców korzysta z różnych McDonalds’ów i innych, ale tym się nie można najeść. Jedzenie tam jest drogie, bardzo niezdrowe, niesmaczne i w dodatku z reguły te „lokale” są strasznie brudne. W trasie czasami człowiek chce zjeść coś normalnego i w przyjemnym otoczeniu. Gdyby nie te przydrożne restauracje to mógłbym 1341327_99131227oszaleć!

Bardzo ciekawie jest w Anglii. Są tam takie motele, gdzie można skorzystać z usługi „room & breakfast”. Wynajmujesz pokój, możesz się trochę przespać w łóżku (w trasie to rarytas) i zjeść coś w ludzkich warunkach. Tam też często można dostać domowe jedzenie…

Z kolei najlepsza pod względem jedzenia jest Bawaria. To właśnie tam przydrożne restauracje to prawdziwe mistrzostwo świata. Każdy taki lokal korzysta z jajek od gospodarza, który ma swoje gospodarstwo niedaleko. Inny ma świnie i dostarcza mięso itd. Tam uwielbiam jeść i jest miła odskocznia od tych wszystkich zupek, parówek, pasztetów, paprykarzy…

 .

Przygotowujesz coś na podróż?        

Nie, ale są chłopaki, które coś takiego robią. Przygotowują wcześniej smażone kotlety, czy jakieś inne mięso i je sobie odgrzewają. Ja tak robię tylko czasami, a są tacy, którzy głównie tak jedzą.  Dzięki temu w ogóle unikają śmieciowego jedzenia, a w trasie trzeba być najedzonym, bo o wypadek nietrudno.

Ja ostatnio zacząłem kupować sobie makarony, które są tanie i dobre – jak Europa długa i szeroka. Nauczyłem się gotować rosół, wersję podstawową i działam.

W trasie to często wygląda, wbrew pozorom, trochę jak w jakimś schronisku. Na parkingu spotyka się kilku kierowców: jeden ma makaron, drugi kawałek mięsa, trzeci jakieś warzywa z zeszłego tygodnia i to wszystko się wrzuca do gara, gotuje i pożywna zupa typu „jestem akurat w Holandii, nie jadłem od 10 godzin i zjem wszystko co wpadnie w moje ręce” gotowa (śmiech).

Jakich używasz sprzętów do gotowania?

Żadna filozofia, kuchenkę na gaz i małą butlę. I to jest najpopularniejsze rozwiązanie. Może nie wygląda to pięknie, ale swoją rolę spełnia. Niektórzy mają takie bardziej skomplikowane sprzęty, ale prawda jest taka, że bierze się tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Taki podstawowy zestaw wędrownika to: sztućce, talerz, kubek i kieliszek do wódki. Taki zawsze mam ze sobą i nie spotkałem jeszcze nikogo komu by choć jeden z tych elementów brakował…

Ile kosztuje Cię przetrwanie tygodnia w trasie?

384161_239382149457167_1514108279_nMoje trasy trwają około trzech tygodni i wydaje na to łącznie około 1000zł. Wchodzą w to napoje, słodycze, kilka wizyt w przydrożnych barach, papierosy i alkohol. Właściwie tyle. Ale ja jem „na bogatości”, bo inni kupują podstawowe konserwy i wyjdzie im 200 – 300zł. Ja zjeść lubię, więc sobie aż tak nie żałuję. Trzeba pamiętać, że 400zł to jedzenie wzięte z Polski, a reszta to koszt w euro. Tego jedzenia nie ma tak wiele, ale jakoś trzeba przeżyć.

Jak wracam do Polski to po prostu rzucam się na domowe jedzenie. Żadne hot-dogi, żadne hamburgery czy kebaby, tylko rosół, żurek, kiełbasa… to jest jedzenie!

Czym się zajmujesz, gdy jesteś w Polsce?

Piję wódkę (śmiech). A tak serio to dużo czytam, spotykam się ze swoimi znajomymi, staram się oglądać jakieś ciekawe, niehollywódzkie, filmy a przede wszystkim oddaje się mojej pasji , czyli rapuje.
Piszę swoje teksty, staram się przygotować moją pierwszą płytę, co jakiś czas gram także koncerty. Nie rzucam żadnymi terminami, ale płyta niedługo będzie i jestem z tego naprawdę dumny bo będzie się działo. Rap to naprawdę fajna rzecz, a ja mam bardzo wiele przemyśleń z trasy.

Publiczności portalu Smaki z Polski specjalnie dedykuję piosenkę „Najważniejsi”. Mam nadzieję, że Wam się spodoba!

.

.

.

Rozmawiał Jakub Napoleon Gajdziński

Komentarze