Dzieło odkryte w podziemiach klasztoru w Tyńcu i na polski przełożone. Jego autorem jest Witelon: astronom, astrolog, alchemik, mag i truciciel. Osaczony przez wrogów, w chwili śmiertelnego zagrożenia opisuje świat swojego dzieciństwa i młodości. Świat spod znaku jego mrocznej gwiazdy: pięknej pani Wenus, dumnego Lucyfera.

adq

– Co… mam czynić? – spytała księżna drżącym głosem.

– Nic, moja pani – rzekła spokojnie Zofia, stając nad kadzią jak kat nad dobrą duszą. – Musisz tylko mnie słuchać i wykonywać wszystko, o co poproszę. Zdaj się po prostu na mnie.

Uniosła obie dłonie w górę hieratycznym gestem kapłanki odprawiającej pradawny, pogański obrzęd. Uznałem, że nie muszę oglądać tego, co się stanie za chwilę, toteż opuściłem zasłonę oddzielającą kąpielową niszę od sypialni i stanąłem na czatach, nasłuchując niespokojnie, czy uparta strażniczka nie zechce skrócić swego pobytu na dole. Na razie jednak z najniższego piętra dobiegał tylko gwar wesołej biesiady. Usłyszałem zza kotary, której gruba materia nieco tłumiła dźwięki, jak czarodziejka rozpoczęła magiczną inkantację:

– Z głębin ziemskiego łona bujnie rozkwita życie. Pośród wilgoci gorących źródeł, w tłustej, urodzajnej glebie pęka ziarno i kiełkuje, pragnąc się wydobyć ku Słońcu. Niechaj obumrze ziarno i wyda wspaniały kwiat! Niechaj obumrze kwiat, rodząc zdrowy owoc!…

Nie słuchałem dalej zaklęcia, znałem je wszak na pamięć, skoro na uczeniu go Zofii zeszło mi całe przedpołudnie. Cały czas nadstawiałem ucha, czy nie usłyszę trzeszczenia drewnianych szczebli. Umówiliśmy się z Zofią, że w razie niebezpieczeństwa uderzę laską w podłogę.

– Niechaj prysną okowy twego łona, niech pola się zazielenią, a matki doczekają potomstwa – kończyła już czarodziejka. – Stań się jak ziemska Macierz, obficie darząca…

Zaniepokojony jakimś szmerem, sprężyłem się do skoku, ściskając mocniej w dłoniach moją grubą lagę. Na szczęście był to fałszywy alarm, nic się bowiem więcej nie wydarzyło.

– Czar skończony – oznajmiła Zofia ze złowieszczym chłodem. – A teraz zanurz się jeszcze tylko, pani, pod wodę razem z głową, inaczej magia nie zadziała. Śmiało, tylko na jedną chwilę… O, tak…

Moja wspólniczka zaczęła śpiewać wiejską piosnkę, zasłyszaną pewnie od niańki w dzieciństwie. Chociaż nie było tego w umowie, intuicja najwyraźniej dobrze służyła mojej uczennicy.

Pływa sobie Śmierć po wodzie,

Maj do wrót kołacze –

Niesie nam czerwone jajko

I żółte kołacze.

Wygnaliśmy już ze wsi Śmierć,

Niesiemy teraz Lato!

A w lecie niech pszeniczny plon

Zieleni się bogato!

Witelon___Totengott_by_kurotokage

Witelon. Autor: Kurutokage (https://www.deviantart.com/morelikethis/artists/15282929/anthro/traditional?offset=30&view_mode=2)

Za kotarą rozległy się odgłosy gwałtownej szamotaniny i plusk wody. Usłyszałem, jak ktoś – dobrze wiedziałem kto – zachłysnął się spazmatycznie, rozpaczliwie walcząc o życie.

– Pływa sobie Śmierć po wodzie – skandowała Zofia coraz dobitniej przez zaciśnięte zęby. – PŁYWA SOBIE ŚMIERĆ PO WODZIE…

Potem zapadła we wnęce złowroga, grobowa cisza. Słyszałem ją tylko ja, z dołu bowiem ciągle dobiegały pijackie wrzaski i śpiewy rozbawionych Pomorzan. Odczekałem kilka mocnych uderzeń serca, pełen trwogi i niepewności.

– Zofio? – spytałem w końcu z niepokojem, nie mogąc się zdobyć na uchylenie kotary.

Chociaż widziałem i zrobiłem już w moim życiu niejedną straszną rzecz, jeszcze mi się nie zdarzyło uczestniczyć w zamordowaniu osoby tak powabnej i młodej. Nawet krojenie gałki ocznej ślicznego trupa rzymskiego ulicznika było jednak zupełnie odmiennym doświadczeniem. Nie miałem dla Ludgardy ani krzty współczucia, wolałem się jednak wyręczyć kimś innym w dokonaniu ostatecznego dzieła. Wiedziałem nie od dziś, że kobiety potrafią być w pewnych sytuacjach znacznie bardziej okrutne i bezwzględne niż mężczyźni. Zwłaszcza, gdy chodziło o drugą kobietę.

– Już po wszystkim – usłyszałem po chwili ponury głos mojej wspólniczki.

Wyszła przed kotarę, otrząsając się z wody, którą ochlapana była od stóp do głów, jak suka wrzucona dla zabawy do rzeki. Na policzku miała małe zadrapanie, rozwiązana chusta spoczywała na ramionach, a kruczoczarne włosy były w kompletnym nieładzie. Na jej pięknym obliczu nie malowało się już nic oprócz zmęczenia.

– Chociaż tak drobna z pozoru, okazała się silniejsza niż myślałam – dodała tonem usprawiedliwienia. – Musiałam się trochę natrudzić, zanim osłabła pod wodą…

– Walczyła w końcu o życie – skonstatowałem rzeczowo, wzruszając ramionami.

Podeszliśmy szybkim krokiem do stołu i zabraliśmy swoje trofea, wypchaną sakwę i klejnot. Zofia nie mogła sobie odmówić, żeby nie przejrzeć jeszcze zawartości stojącej kusząco na wyciągnięcie dłoni szkatułki.

– Pospiesz się – syknąłem z niepokojem. – Pomorska dziewka może zaraz wrócić…

W tej samej chwili usłyszeliśmy oboje głośne trzeszczenie drewnianych szczebli drabiny i charakterystyczne pukanie. Zamiast strachu odczułem jednak coś na kształt ulgi, błyskawicznie bowiem wpadłem na pewien pomysł.

– Nie zdążymy do tajnego wyjścia – szepnąłem do Zofii. – Zaczęłaby nas ścigać i zaalarmowałaby swoich pobratymców. Nie uszlibyśmy stąd żywi… Zagadaj ją, a wtedy zadam cios.

Lekko i zręcznie jak owad wspiąłem się po zwieszającej się ze stropu sznurowanej drabince i przyczaiłem się na jednej z poprzecznych belek. Liczyłem na typowo ludzką ułomność, która sprawia, że nikt na ogół nie spodziewa się niebezpieczeństwa spadającego z góry.

Zofia stanęła przed wejściem do kąpielowej niszy. Schowawszy za pazuchę zagrabione kosztowności, zaczęła z pozornym spokojem wyciskać wodę z ciężkich splotów swych czarnych pukli. Nie mogłem się oprzeć podziwowi dla jej hartu ducha, chociaż właściwie nie było w tym niczego zaskakującego – ostatecznie owa niepospolita osoba wiele przeżyła, będąc kochanicą Rogatki i żadne niebezpieczeństwo nie było jej najwidoczniej w stanie wytrącić z równowagi.

Nawet z mego stanowiska dawało się zaobserwować, że wojowniczka musiała na dole tęgo łyknąć idącego do głowy trunku, prawdopodobnie, aby dodać sobie kurażu przed czekającymi na nią w jej wyobraźni rozkoszami obcowania z Zofią. Kiedy wgramoliła się z pewnym trudem na górę, klnąc siarczyście pod nosem, ruszyła w stronę czarodziejki krokiem mocno chwiejnym. Chwilę rozglądała się wokół wzrokiem raczej błędnym, po czym bełkotliwie spytała:

– Zostałaś sama, moja śliczna? A gdzie ten stary czarodziej?

– Poszedł już – zaszemrała Zofia namiętnym szeptem. – Ja postanowiłam zaczekać na ciebie…

– Och, moja cudna rusałko – roztkliwiła się wojowniczka. – Wiedziałam, że dobrze mnie zrozumiałaś.

W porywie nieopanowanej żądzy wyciągnęła silne ramiona i przyciągnęła do siebie chętnie poddającą się owym czułym gestom piękną czarodziejkę, aby wycisnąć na jej karminowych wargach soczysty pocałunek. Nagle odsunęła ją od siebie na długość rąk.

– Na klątwę Winety! Czemuś cała mokra? – zapytała ostrym tonem, błyskawicznie trzeźwiejąc. – I gdzie jest księżna pani?

– Ludgarda usnęła – oświadczyła Czeszka z niezmąconym spokojem. – Lepiej jej nie przeszkadzać.

– Oszalałaś? – warknęła strażniczka. – Moja pani ma spędzić noc w zimnej wodzie? Muszę ją położyć do łóżka.

Sięgnęła lewą ręką, chcąc odgarnąć zasłonę, lecz Zofia zastawiła jej sobą drogę i uczepiła się przedramienia niedoszłej kochanki.

– Zapewniam cię, Bogno, że lepiej tam nie wchodzić – wydyszała, szamocząc się ze znacznie silniejszą przeciwniczką.

– Co ty knujesz? – zawołała groźnie Kaszubka. – Coście zrobili z moją panią?! Co…

10589937_667046690048490_407248916_n

Księżna Ludgarda meklemburska zamordowana w Poznaniu 1283 r.

Zaczęła się szarpać z Dorenówną, pragnąc się dostać do środka niszy. Oczywiście bez trudu mogła przełamać opór Zofii, dodatkowo wyczerpanej uprzednią walką z Ludgardą, uznałem więc, że czas działać. Pochyliwszy się w dół, spuściłem grubszy czubek mojej laski na potylicę wojowniczki z nadzieją, że ją na miejscu ogłuszę. Niestety, nie doceniłem jej twardej głowy, a przy tym ciasno spleciony warkocz złagodził skutek uderzenia. Mój atak z zaskoczenia nie poskutkował. Bogna zachwiała się wprawdzie, ale natychmiast odepchnęła od siebie niezwykle silnie czeską czarodziejkę, która niemal pofrunęła w kąt, uderzając głową o mur i mdlejąc, jak się wydawało. Wojowniczka spojrzała do góry i w mig oceniła sytuację. Ruchem obu rąk tak szybkim, że niemal niedostrzegalnym, pochwyciła dwa toporki i cisnęła je w moim kierunku. Zafurkotały w powietrzu. Ledwie się zdołałem uchylić. Jedno ostrze przystrzygło mi sporą garść długich, czarnych włosów, przybijając je do wiszącej nade mną belki, drugie przygwoździło prawy rękaw kaftana do kłody o którą się wspierałem. Gdyby rzuciła bardziej precyzyjnie, straciłbym jedną dłoń i miałbym rozłupaną czaszkę. Nie bacząc na ból szarpnąłem głową, pozostawiając na drewnie pukiel wyrwany z mej czupryny,  podobnie postąpiłem z rękawem, rozdzierając go mocnym pociągnięciem ramienia. Nie był to na szczęście kaftan ze śmiercionośnymi ostrzami, nie zamierzałem bowiem posługiwać się tego wieczoru trucizną, która tak czy inaczej zawsze pozostawia  ślady na ciele. Ściskając laskę w obu dłoniach zeskoczyłem w dół, łopocząc w przelocie połami mojej czarnej opończy niczym potworny nietoperz skrzydłami. Przeciwniczka czekała na mnie z wielkim nożem w prawicy. Póki co nie wzywała pomocy, uważając najwidoczniej, że sama zdoła opanować sytuację.

Nastąpiła szybka wymiana ciosów z obu stron. Chociaż sprawna i silna, pomorska olbrzymka nie mogła mnie początkowo dosięgnąć. Zmodyfikowałem ostatnio narzędzie walki. Po przyciśnięciu fragmentu okucia wyskoczyły z obu stron laski długie szpikulce. Za ich pomocą przez jakiś czas mogłem trzymać przeciwniczkę na dystans. Nawet gdyby dziewce udało się przełamać moją obronę i spowodować, że laska rozpadłaby się na dwie części, pozostawał jeszcze ukryty w środku puginał. Ćwiczyłem dużo przed wyjazdem z Witenesem walkę na kije, toteż bez trudu parowałem ciosy zadawane potężnym nożem, aczkolwiek jego ostrze parokrotnie niebezpiecznie świsnęło mi przed oczyma. W pewnej chwili zdołałem czubkiem jednego ze szpikulców zadrasnąć ramię wojowniczki. Rana nie była z pozoru groźna, zaczęła jednak silnie krwawić. Parę uderzeń serca później Bogna zdołała wbić sztych swego oręża w zaciśniętą  na drzewcu laski prawicę, przebijając ją niemal na wylot. Jęknąłem boleśnie i cofnąłem skaleczoną dłoń, przerzucając broń do lewej ręki. Próbowałem dosięgnąć jednym ze szpikulców odsłoniętej szyi najemniczki, lecz w tym samym momencie otrzymałem celnego kopniaka w brzuch, który pozbawił mnie oddechu. Dziewka wyciągnęła wolną ręką zza pasa morgensztern, którym zamachnęła się szeroko, mierząc w moją głowę. Źle zgrała ciosy, gdyż skuliłem się właśnie z bólu, toteż oberwałem jedynie po pochylonym karku, ale i tak pociemniało mi w oczach. Wojowniczka wykorzystała tę chwilę słabości. Silnym ciosem wytrąciła mi laskę z ręki, po czym runęła na mnie całym ciężarem, przygważdżając do podłogi i przykładając ostrze noża do gardła. Nie chciała mnie więc zabijać, tylko unieszkodliwić. Niemal odetchnąłem z ulgą. Póki żyłem zawsze pozostawała jeszcze nadzieja, że zdołam się wyplątać z tej sieci.

Szarpałem się ze wszystkich sił, próbując zrzucić z siebie przeklętą babę. Na próżno, była bowiem dla mnie zbyt ciężka. Wyciągałem palce przyciśniętej kolanem lewej ręki, starając się dosięgnąć leżącej w pobliżu laski. Gdybym miał w dłoni puginał, może udałoby się zadać morderczy cios, ale moje szanse były bardzo nikłe. W odpowiedzi na te żałosne manewry Bogna przycisnęła mocniej ostrze noża do szyi. Poczułem zimny metal wrzynający się w skórę.

– Ani drgnij, czarowniku – wysyczała, patrząc na mnie ze złością i zionąc mi w prosto w twarz przesyconym kwaśnym odorem wina oddechem. – Moi chłopcy zaraz się z tobą rozprawią. Wyśpiewasz, kto cię nasłał…

Podniosła głowę i skierowała wzrok w stronę otworu w podłodze.

– Hej! – zawołała, bezskutecznie starając się przekrzyczeć dochodzący z dołu rozhowor. – Do mnie!…

 .

Fragment trzeciego tomu z cyklu „Gwiazda Wenus, gwiazda Lucyfer”, zatytułowanego „Ogród Miłości”, kolejnej księgi przygód śląskiego maga i astrologa Witelona, autorstwa Witolda Jabłońskiego.

Książka w wersji epub dostępna na stronie: www.cdp.pl

Komentarze