Tak to już bywa, że jak człowiek przebrnie przez kilka miejsc to i tak zawsze trafia do siebie. A że mamy już piękną wiosnę, to najwyższy czas przyjrzeć się naszym górom. Zawsze kojarzą mi się z wiosną, bo babcia miała akurat wtedy ferie (tak, była nauczycielką i to wszystkiego – od matematyki, przez wuef, aż do polskiego, tylko religii nie tykała). No i babcia bardzo lubiła góry. Czyli jak wiosna, to góry – czym skorupka za młodu…

.

Zwardoński blat…

Zdjęcie0045Kiedyś w owe góry, a konkretnie do niejakiego Zwardonia, wybrałem się z moją filigranową dziewczyną. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd. Niby człowiek wiele wie o drugiej osobie, a tu góry pokazały, że zawsze można dowiedzieć się jeszcze więcej…

Dla przytomności umysłu dodam, że Zwardoń leży 690 m n.p.m, w województwie śląskim, w powiecie żywieckim i w gminie Rajcza. Dokładnie między dwoma przełęczami – Przysłop i Graniczne, a centrum wsi znajduje się na przełęczy Zwardońskiej (przypadek? Nie sądzę!). Jest to zachodnia część Beskidu Żywieckiego, tuż przy granicy ze Słowacją.

Wszystko było pięknie – w pociągu jakiś pijany facet koniecznie chciał przeczytać moją gazetę. Niestety wciąż sam ją czytałem i nie byłem chętny do jej dobrowolnego oddania. To sprowokowało problemy komunikacyjne między nami, a nawet usłyszałem, że „takich miastowych jak ja to on [pijany jegomość] zgniata” i tu wymowny gest zgniatania jednej pięści w drugiej.

Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale od obicia uchroniło mnie… PKP. Pociąga akurat zatrzymał się na jego stacji. Tyle wygrać.

Potem było już tylko lepiej. Przyjechaliśmy trochę przed sezonem, więc wszystkie sklepy były już zamknięte a niewielka restauracji i hotelik niedaleko stacji, nasza jedyna nadzieja na strawę tego wieczoru, została zatrzaśnięta przed naszymi nosami.

Wtedy wybraliśmy się poszukać naszego własnego „pensjonatu”. Kto był w Zwardoniu ten wie, że nie jest to wcale takie proste. Kręte uliczki między rozrzuconymi domkami to wyzwanie, a trzeba pamiętać, że jesteśmy w górach i wciąż trzeba wchodzić wyżej i wyżej (na tym generalnie polegają góry). Mój plecak niosłem bez problemu, ale jej ważył milion kilogramów, a mówiła, że „się ograniczała”.

Gdy udało nam się pokonać Zwardoń i znaleźć nasze miejsce do spania, było już o wiele lepiej. Coś tam zjedliśmy, poszliśmy do restauracji (niedaleko granicy) na piwo i ogólnie czerpaliśmy z pięknego widoku okolicy.

Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się w góry!

.

…obiadowy świat

Wyprawa była dość ciekawa bo padało jak nie wiem, a znaki lubiły się przed nami chować. Szliśmy jednak dumnie przed siebie, od samego rana, a wokół nie było żywego człowieka.

Około godziny 11 Kasia ogłasza wszem i wobec, że jest głodna. Zaproponowałem, żeby wyjęła sobie coś z plecaka i zjadła. Posłuchała.

11:15 – Kasia ponownie ogłasza, że jest głodna. Ponownie skutkuje manewr z propozycją z plecaka.

11: 21 – Sytuacja się powtarza. Kasia podkreśla, że jest bardzo głodna.

Okazało się, że źle odczytywałem te sygnały. W końcu pytam, czy chce zjeść coś bardziej treściwego. Ona, że tak (z wyraźną ulgą). Jest jeszcze przed 12tą – nie wnikam. Mówię, że pochodzimy po górach i jak tylko znajdzie się jakieś schronisko lub cokolwiek innego, gdzie dają jeść natychmiast tam pójdziemy.

11: 23 – Kasia po raz pierwszy pyta co z tym jedzeniem. Udaję, że nie słyszałem.

11: 27 – Kasia nic nie mówi, ale robi się wyraźnie smutna. Zapasy z plecaka właśnie się kończą.

11: 40 – agonia głodowa trwa.

12:11 – znajdujemy coś w rodzaju „zajazdu” w jakiejś wsi. Kasia promienieje. Ciągnie mnie za rękę, prawie biegniemy.

12:12 – zamknięte. Kasia na początku się załamuje, potem przechodzi do ofensywy. Dzwoni do domku obok zapytać czy otworzą. Ja nie mogę uwierzyć własnym oczom.

12:16 – Kasia wraca z jakąś panią. Po chwili siedzimy przy stole, a pani pyta co zjemy. Wyraźnie zaznacza, że dziwi się, żeby ktoś chciał jeść pierogi z mięsem tak wcześnie, ale zapowiada, że zrobi.

.

Co dwa…

1152389_59930851Kasia zjadła, chwilę popatrzyła na otaczające nas widoki i postanowiliśmy ruszyć w drogę. Weszliśmy na okoliczny „szczyt” (czyli taki szczyt na miarę Beskidu Żywieckiego), zrobiliśmy zdjęcia, poleżeliśmy trochę w trawie, popiliśmy wodą, pochodziliśmy po okolicy, przeszliśmy się po lesie no i czas wracać. Bo ile można spędzać czasu w górach, jak się jest w górach? No właśnie. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

Ruszyliśmy w drogę powrotną a dobijała powoli godzina 14: 30. Minęliśmy zamknięte schronisko, „zajazd”, który znów był zamknięty, przeszliśmy koło kilku domostw, przez łąkę i lasek, i w końcu Zwardoń ukazał się naszym oczom. Wyszliśmy zaraz przy stacji, gdzie przypadkiem znajdowała się maleńka restauracja.

I co?

14:34 – Kasia pyta czy możemy iść wreszcie na obiad. Nie zgadniecie co chciała. Tak, pierogi z mięsem! Bo jak mówi stare porzekadło: co dwa obiady to nie jeden.

.

Jakub Napoleon Gajdziński

Komentarze